Przeklęta ziemia

Pogodynka zapowiadała pierwsze w tym roku upały. Kraj w całej swej rozciągłości miał być skąpany w promieniach słonecznych, dzięki czemu podczas pierwszych dni maja ludzie mogliby wyciągnąć grille do przydomowych ogródków oddając swoje zmysły na pożywkę niezdrowej żywności. Z kolei miłośnicy aktywnego wypoczynku byli kuszeni różnorodnością ofert podsuwanych im przez przyrodę, a to wabiącą urokiem morskich wybrzeży gotowych łapać w swoje sieci pierwsze masy plażowiczów, a to znów kuszącą bezmiarem przestrzeni i wolności, jakich doznawać można tylko w malowniczych partiach licznych gór. Na pewno jednak niewiele osób chciało zostać w miastach, chociaż pierwotnie tutaj planowano świętować po raz pierwszy Dzień Godła i Flagi, święta ustanowionego rok wcześniej na cześć symboli krajowych najmłodszej dreamlandzkiej prowincji – Unii Saudadzkiej. Wyjazd „na prowincję” mógł pozwolić na chwilę chociaż zapomnieć o gęstych chmurach, jakie znów zaczęły zapadać nad tą przeklętą ziemią.

Misja Apollo

Najstarsi Furlandczycy i Luindorczycy pamiętać będą księcia Apolla, uznając go za prekursora wielkich zawieruch o politycznym podłożu. „Apollo był pierwszy”, mawiać będą mając na myśli jego pionierskość w tendencjach i ruchach odśrodkowych, jakie uderzały w Królestwo Dreamlandu – dom, z którego rozkapryszone dziecko próbowało odejść, jednak czujny ojciec przyłożył mu wcześniej parę razy na drogę przypominając dobrze znane „Czcij ojca swego…” i życząc powodzenia na dalszej drodze v-żywota. Motywy działania Apolla nie są do końca znane, jednak dwie łatki z dużą dozą prawdziwości swego wydźwięku, już do niego przylgnęły. Zdrajca, jeśli rzeczywiście zamierzał odłączyć pierwsze dreamlandzkie księstwo – Furlandię, od macierzy poprzez czyn zbrojny. Wariat, jeśli w podnoszeniu ręki na współbraci widział nową formę mikronacyjnej zabawy.

Chociaż działo się to jeszcze w czasach, gdy Dreamland leżał w Europie, a większość z nas nawet tych wydarzeń nie pamięta, tak wyraźnie odcisnęły one swoje piętno na ziemi Unii, iż rykoszetem obrywamy po dziś dzień. O ile skompromitowany ex-książę mógł szybko zapomnieć o swojej porażce tak Księstwo Furlandii musiało odtąd dźwigać brzemię „ojczyzny wywrotowców”, jakie na kartach historii po pierwszych latach istnienia prowincji pozostać miało. I dać niechlubny przykład.

Pierwsze „Zjednoczone Księstwo”

Wydarzenia późniejsze są już lepiej znane. Kolejne problemy na zachodzie Dreamlandu miała sprawić mała unia książąt Furlandii i młodziutkiej, jednak gibkiej i energicznej Solardii. Dla pierwszej był książę Eryk, z kolei w przypadku drugiej był to książę Morfeusz. Ich nietuzinkowe charakterki posiadały wespół spore poparcie w swoich regionach, przez co ignorować ich siły zdołać się nie dało, a z czasem mogła ona grozić wybiciem z orbity dreamlandzkiego mocarstwa i powrotem „ducha Apolla”. Zjawa ta zaczęła pojawiać się w okolicach pamiętnego roku 2005, i chociaż władze centralne pokładały ufność w rozumie a nie zabobonie tak i faktem stawały się kolejne opętania, z którymi coś jednak zrobić należało. By uniknąć ofiar w ludziach swoiste przyzwolenie na separację pojawić się musiało. Wielka i miejmy nadzieję jedyna secesja w dziejach Dreamlandu stała się udziałem Solardii, księstwa w pewien sposób zjednoczonego z Furlandią przez osoby liderów, którzy odtąd tułać się mieli poza granicami ojczystego kraju, a władze z Dreamopolis celem uniknięcia rozprzestrzeniania się zarazy na wiele lat objęły kwarantanną wszystkie ziemie zamieszkiwane przez uchodźców czy też wygnańców na południe od Półwyspu Trist i na zachód od Małej Furii. To, co zostało w domu, przy macierzy, przez długie lata musiało lizać swoje rany, a najtęższą część Dreamlandu, potężną wyspę Hekatos podnosić z zgliszczy i budować praktycznie od zera.

W drodze do Unii

Dotknięci trudną przeszłością i o wątłej kondycji mieszkańcy Furlandii i Luindoru swoją przyszłość postanowili budować już tylko w spokoju. Rok po roku, miasto po mieście, segment aktywności po segmencie konsekwentnie odnawiali i rozbudowywali swoje małe ojczyzny – mimo, że coraz słabsze populacyjnie, a zwykło się zauważać, że stosunkowo najsłabsze od pozostałych prowincji. Kryteria demograficzne były zresztą podstawową przesłanką do kiełkującej jeszcze koncepcji łączenia tych jednostek terytorialnych. Na naszych ziemiach koncepcja ta miała się wiązać na początku 2011 roku, zaś kłosić pod jego koniec, kiedy to w wyniku decyzji powziętej wspólnie przez wszystkich obywateli obydwu krajów, Furlandia z Luindorem połączyły się tworząc znów coś nowego, a każdy, kto w referendum opowiedział się za takim rozwiązaniem żywił nadzieję, że również lepszego.

Chociaż siewcami zjednoczenia byli książęta Martin van Buuren z Furlandii oraz król senior Artur Piotr z Luindoru, żniwa przeprowadził jeden człowiek – Sted Asketil, ostatni książę furlandzko-luindorski w starym tych słów znaczeniu, a zarazem pierwszy książę Unii Saudadzkiej. Od jego namiestnikowania prowincją władało jeszcze trzech książąt: przejściowo Michał von Nadolanczyk (przełom lat 2011 i 2012), Martin de Joustin (uprzednio van Buuren, w latach 2012-2013) oraz ja (w okresie 2013-2014), gdy książę Martin wstąpił na dreamlandzki tron w lutym ubiegłego roku, odkąd to panuje nam jako Marcin I Mikołaj.

Czy to się już nigdy nie skończy?

Na początku kwietnia jeszcze nic nie zapowiadało kolejnych zmian. Dwór Książęcy rozpoczął przygotowania do pierwszego fetowania Święta Godła i Flagi Zjednoczonego Księstwa, które miało się odbyć drugiego maja jako komponent przeszło dziesięciodniowego Jarmarku Martinowskiego, jak głosił plakat reklamowy – „największego wydarzenia kulturalnego tej wiosny”, które odbyć się miało na cześć nie kogo innego jak właśnie Króla Dreamlandu, a uprzedniego wieloletniego księcia furlandzkiego i furlandzko-luindorskiego. Jarmark obfitujący w liczne atrakcje miał zgromadzić lenników książęcych i królewskich oraz gości z pozostałych prowincji, a być może i zagranicy. Niestety nic nie poszło tak jak planowano. W połowie kwietnia wypadkowi uległ Namiestnik Koronny, bez zwłoki zdjęty z urzędu przez JKM Marcina I Mikołaja, który znów osobiście kierował swoimi rodzinnymi stronami. I o ironio ten, na cześć którego miał odbyć się niedoszły jarmark 25 kwietnia przedstawił plan rozbicia małżeństwa Buuren z Saudade. W królewskiej proklamacji, o której jest dzisiaj głośno, możemy przeczytać, iż przyszłość Unii Saudadzkiej malowana jest w czarnych barwach. Sprawcą jest nie tyle co urzędnik federalny, który przywykł do swoistego wywierania presji na prowincjach, ale Król i zarazem nasz rodak, który podział Unii chce przeprowadzić okrężną drogą i po macoszemu nie pytając Furlandczyków i Luindorczyków o zdanie – takie, jakie wyrażaliśmy w 2011 roku, gdy małżeństwo z sobą zawrzeć wyraziliśmy chęć.

Pytajmy więc naszego umiłowanego Króla: czy znów musimy wszystko zaczynać od nowa? Czy nie mamy już prawa do spokojnego wspólnego rozwoju? Czy nie mamy już prawa do samodecydowania o swoim losie w ramach Królestwa? Czy nie mamy prawa do samorządności? Czy musimy wciąż przeżywać trudne początki?

Święta Godła i Flagi Zjednoczonego Księstwa, najważniejszych symboli państwowych i atrybutów naszej tożsamości, w tym roku nie obchodzono. Być może nigdy do tego nie dojdzie. To chyba Apollo przeklął tę ziemię. Znów wraca i nie dopuszcza do spokojnej budowy naszej krajowej tożsamości.

daniel