Szansa w powrocie do korzeni

Królestwo Dreamlandu stoi praktycznie w miejscu. Impas wywołany przez Króla propozycją zmiany Konstytucji dokładnie rok temu ujął w błogim śnie całe społeczeństwo, poczynając od członków rządu i parlamentu, a na noworodkach skończywszy. Noworodkom dziwić się jednak nie sposób – przybywają one na świat w Królestwie po to, aby skosztować tego wymarzonego życia, które jednak Dreamland im nie zapewnia. Nie można się jednak dziwić całej reszcie, która stopniowo popadała w coraz większą śpiączkę i Bóg raczy wiedzieć, kto z niej się kiedyś jeszcze przebudzi.

Mamy już Konstytucję od prawie trzech miesięcy. Mamy, ale ona wciąż nie obowiązuje. Mamy, ale już jej przepisy są naciągane. Nadal istnieje Izba Poselska, a Król – strażnik porządku konstytucyjnego – stanowi dekrety zawierające niedopuszczalne przepisy (łączenie przepisów stanowiących i zmieniających w jednym akcie normatywnym jest zabronione). Nadal też jestem Premierem, chociaż w październiku 2014 roku, gdy obejmowałem urząd liczyłem, że w najgorszym razie dotrwam na tym stołku do lutego 2015 roku. Jest połowa maja i nie ma póki co widoków na to, aby w wyniku wyborów wyłonić kolejnego Premiera. Skłania mnie to do wniosku, że system konstytucyjny, ledwo wprowadzony, powinien zostać usunięty, a w Królestwie winny zostać ustanowione rządy autorytarne w osobie Króla i jego Dworu oraz Premiera i jego Rządu. Parlament z kolei powinien trafić do muzeum, a prawo stanowienia ustaw winniśmy oddać Narodowi bezpośrednio (w drodze referendów ustawodawczych).

Wiem, że pisząc powyższe narażam się na krytykę opozycjonistów, którzy twierdzić będą, że zbawczy charakter będzie mieć dla Królestwa oczekiwanie na system i stronę główną przygotowywaną przez Koronę od półtora roku. Opozycjonistów, którzy jednak nic nie robią, i których nawet nie stać na pełnoskalowy udział w naprawianiu kraju razem z Rządem poprzez ostrą debatę społeczną i parlamentarną, której faktyczna wartość byłaby większa od wartości bajerów systemowych, na które tak czekają. Opozycjonistów, którzy zapominają na czym polega mikronacyjna zabawa. I którzy głoszą rewolucyjne tezy bojąc się jednocześnie prawdziwej rewolucji. W czym rzecz?

Swego czasu, przy okazji afer klonowych na wschodniej ścianie Mikroświata, JKW Pavel Svoboda wyraził zrozumienie dla tych metod poprawiania kondycji państwa stwierdzając, że i u nas korzystanie z wielu tożsamości mogłoby okazać się zbawcze dla sytuacji kraju. Dlaczego jednak zbrodnia kloningu miałaby stać się z dnia na dzień pożądanym zachowaniem? Oraz, co istotniejsze, jak kloning miałyby uprawiać osoby, które nawet jedną tożsamością wirtualną nie są w stanie pokierować tak, aby dostarczała ona aktywności w sferze publicznej? Bowiem sam pomysłodawca-rewolucjonista w tej sferze nie wykazuje dostatecznych sił do kierowania swoją dreamlandzką postacią. Nie mówiąc już o tym, gdyby miał ich mieć więcej.

Z kolei podczas dyskusji społecznej na temat narracji i fasonu kraju pojawiła się rada nie kogo innego, tylko właśnie ww. króla seniora, aby dopóki dopóty nie będzie nowej strony głównej Królestwa podtrzymywać jego życie poprzez doraźny udział w wojsku, nauce, polityce… Innymi słowy: bajer informatyczny (nowa wypaśna strona internetowa) jest celem ważniejszym (sic!) od codziennej typowej aktywności i komunikacji w społeczeństwie. To, na czym opiera się mikronacjonalizm – komunikacja społeczna, jest tu degradowana do roli wypełniacza czasu do momentu uruchomienia systemu, który najwyraźniej będzie wyręczał w prowadzeniu komunikacji i wytwarzaniu aktywności tych, którzy będą w tym systemie uczestniczyć. Zapewne wówczas doradca-rewolucjonista w tej sferze dokona wykupu abonamentu rocznego załóżmy za 200 tys. D, aby to system tworzył posty i wpisy w jego imieniu!

Niestety takich absurdów w życiu Dreamlandu jest coraz więcej. Społeczeństwo czeka niewiadomo na, obarczając władze publiczne winą za niedobory w aktywności, samemu nie czyniąc absolutnie nic, aby tę aktywność kreować! I jest to typowe społeczeństwo socjalizmu – społeczeństwo, które chętnie będzie żreć aktywność wytworzoną przez innych, ale samemu nie zrobi nic w tym kierunku, aby innych tą aktywnością karmić. Jest to więc pośredni dowód na to, w jaki sposób socjalizm prowadzi do napięć społecznych i do obciążeń systemu, w którym wszyscy chcą partycypować, ale nie wszyscy chcą go wytwarzać. Nie zdziwię się więc, jeśli za jakiś czas pojawią się postulaty legalizacji kloningu czy dalszego zapełniania kraju technicznymi cudeńkami, które jednak bez udziału kreatywnego mikronaty aktywnościa nie będą się wypełniać.

Aby Królestwo przetrwało i miało szansę rozwijać się zaproponowałem popartą przez niektóre osoby w kraju radykalną zmianę Dreamlandu w nowe państwo przeznaczone wyłącznie dla aktywnych poddanych Korony. Radykalną na tyle, że uznano ją za nienadającą się do wprowadzenia w życie rewolucję. Według mnie rewolucję mniejszą od tych powyżej wyartykułowanych. Dreamland de facto nie potrzebuje w pierwszej kolejności żadnych nowinek technicznych czy legalizacji kloningu. Potrzebuje powrotu do korzeni – do zdrowego i normalnego państwa, w którym ludziom chce się ze sobą komunikować – codziennie, z własnej woli i bez oglądania się na aparat państwa. Wówczas Królestwo na pewno znów będzie tętnić życiem, tak jak wiele innych krajów, w którym po prostu mieszkańcom chce się żyć, chociaż nie posiadają ani tyle infrastruktury informatycznej, co ma dzisiaj Dreamland. I najwyższa pora to zrozumieć.

daniel