Mapa… ach ta mapa

KIK-2015-06-MIK03POL(S2)

Królewski Instytut Kartograficzny działający bardzo prężnie od początku 2013 roku na swoim koncie ma już dwa wydania mapy Mikroświata, w tym to wczorajsze, najnowsze. Ledwo też została ta mapa wydana i już zdążyła wzbudzić kontrowersje co do swojej treści w Księstwie Sarmacji, której rząd w osobie Kanclerza Siergiusza barona Asketila wyraził swoje niezadowolenie z prezentacji (ukazywania na światło dzienne) kilku faktów kłopotliwych częściowo dla władz w Grodzisku.

Awara

Awara

Awara w maju 2015 roku, pięć miesięcy po sarmackiej „inwazji” – wciąż podzielona.

Pierwszym z nich jest sprawa awarska. Mapa pokazuje wyspę Awarę podzieloną tak samo, jak było to przed grudniem 2014 roku, z tą tylko różnicą, że południowa część wyspy znajduje się pod sarmacką okupacją, jaka nastąpiła w wyniku „inwazji zbrojnej” Księstwa Sarmacji na terytorium Królestwa Scholandii. Kanclerz Sarmacji próbuje zaklinać rzeczywistość formułując tezy, że „Awara jest już sarmacka”. Otóż z prawnego punktu widzenia – wcale. De facto mogłaby być nawet pokazywana nie jako strefa okupowana przez Sarmację, a najwyżej jako przedmiot jej roszczeń. Wiąże się to z tym, że Sarmacja cofając uznanie Scholandii „zaatakowała” w swoim rozumieniu wówczas ziemie niczyje, na których podobno jednak walczyła ze Scholandczykami. Swego czasu Merkuriusz punktował błędy kampanii wojennej, która nawet kampanią wojenną być nie mogła, gdyż „wojna” była wyreżyserowanym spektaklem odgrywanym na stronie i forum Księstwa Sarmacji. Zarówno ziemie jak i systemy Scholandii pozostały nietknięte. Toczona wojna miała więc wymiar tylko psychologiczny i propagandowy, a wobec oczywistej przewagi aktywności agresora jej głównym zadaniem było nie tyle zająć Awarę Południową, co przekonać (wmówić Mikroświatu), że Awara Południowa została zajęta i jest kontrolowana przez Sarmację. Stąd też zaciekłe sarmackie oburzenie na zwrot użyty na mapie: „Awara Pd. Sch. (pod okupacją Sarmacji)”. Do tego dodać należy, że Scholandia nigdy nie pogodziła się ze stratą (która też nie nastąpiła), a sam konflikt nie został zakończony. Ma miejsce jedynie „zawieszenie broni” i kolejny etap sarmackiej wojny propagandowej pod hasłem „Awara jest już nasza”.

Baridas

Drugą sprawą zabierającą Baridajczykom sen z powiek jest sposób prezentacji statusu Baridasu na mapie. Jak widać całość obszarów podległych Księstwu Sarmacji jest pokazana jednolitym kolorem, a obszar ten jest podzielony granicami wewnętrznymi na cztery części – tyle samo ile jest dzisiaj jednostek podziału administracyjnego państwa sarmackiego (Baridas, Gellonia i Starosarmacja, Teutonia oraz Sclavinia). Sarmackie oburzenie dotyczy rzekomych nieprawidłowości w znakowaniu Królestwa Baridasu jako części składowej Księstwa Sarmacji. Niestety jednak samo sarmackie prawo (Ustawa Sejmu nr 149) stwierdza wyraźnie, że Baridas nie jest osobną mikronacją. I z tego prostego powodu nie jest i nie może być znakowany w sposób inny niż sarmackie prowincje, z którymi jest zrównany w prawach i obowiązkach, co ta sama ustawa zresztą wyraźnie stwierdza. Ciekawe słowa w temacie mówi na forum Królestwa Dreamlandu Kanclerz Siergiusz Asketil, Baridajczyk zresztą.

Baridas - część składowa Księstwa Sarmacji czy osobna mikronacja? Rozwiązanie tkwi w prawie Księstwa Sarmacji.

Baridas – część składowa Księstwa Sarmacji czy osobna mikronacja? Rozwiązanie tkwi w prawie Księstwa Sarmacji.

Wynika z nich, że i w tej sprawie toczona jest swoista wojna propagandowa, której zakłamanie jest jednak bardzo wyraźne. Jak mają się bowiem słowa Kanclerza Księstwa do sarmackiego prawa państwowego? Ten wyraźny kontrast nie tylko zakrawa na kłamanie w żywe oczy, ale mógłby być potraktowany nawet jako zdrada stanu. Przecież Kanclerz Sarmacji stwierdza, że część składowa Sarmacji jest osobną mikronacją (państwem wirtualnym), przez co sabotuje prawo, które ma przecież wykonywać i być mu wiernym. Z historii wiemy jednak, że Baridas przez większą część swego istnienia był państwem, ale zależnym – albo od Dreamlandu, albo od Sarmacji. I jego status między sarmackimi prowincjami nie różni się wiele od statusu dreamlandzkich prowincji między sobą, ale w Dreamlandzie nikt na szczeblu rządowym nie opowiada, że Furlandia czy Surmala są osobnymi mikronacjami. A gdy opowiadano tak w 2005 roku na temat Solardii to skończyło się to secesją! W Sarmacji jak widać Baridajczycy chcą zjeść ciastko i mieć ciastko.

Yoyonacje

Ostatnim aspektem spornym pomiędzy sarmackim rządem a Instytutem jest sprawa państw i państewek pogardliwie nazywanych w wielu kręgach Mikroświata yoyonacjami. Jednym z głównych przeciwników tych kraików, uznawanych jawnie za niegodne nie tyle nawet współpracy, co obecności na mapie Mikroświata, jest właśnie Siergiusz baron Asketil. Już w czasach dreamlandzkich zaczął on słynąć z ich krytyki i zwalczania, stąd ostatnio określiłem go mianem yoyonacjożercy. W swojej niechęci do innych krajów, a tym samym ludzi, którzy je tworzą na tyle na ile potrafią, trwa w najlepsze i oddać mu trzeba, że jest konsekwentny. Niestety konsekwencja ta dotyczy jego czarnej strony – braku szacunku dla tych osób, które nie mają być może na tyle talentu, zdolności czy czasu na zabawę, co sarmacki Kanclerz, ale tak samo jak on chcą się wspólnie bawić i tworzyć własne państwa. Sarmacja jednak widziałaby świat najchętniej bardzo okrojony, gdzie ludzie zamiast marnować się w tych yoyokrajach po prostu weszliby do sarmackiej społeczności. Tak więc walka z yoyonacjami ma tu wymiar także walki konkurencyjnej z państwami, które Sarmacji potencjalnie mogą odbierać mieszkańców.

Pamiętajmy jednak, że interakcje pomiędzy państwami są przedmiotem polityki tych państw i jeśli Sarmacja chce walczyć z yoyonacjami, to niech sobie walczy, ale Królewskiego Instytutu Kartograficznego niech w tę swoją walkę nie wciąga. KIK nie prowadzi bowiem polityki, ale przy pomocy mapy politycznej Mikroświata ma zjawiska politycznych interakcji pokazywać (tak jak spór awarski czy status Baridasu). Mapy wydawane przez KIK nie są więc narzędziem walki z yoyonacjami czy z sarmacką polityką zagraniczną. Są obrazem możliwie najbardziej prawdziwym, opartym na faktach i zachodzących zjawiskach w Mikroświecie. Mapy wydawane przez KIK nie są instrumentem represji, tak jak chciałaby tego Sarmacja, ale owocem pracy mającym ukazywać rzeczywistość, a nie fikcję. A rzeczywistość jest taka, że na Nordacie, Hiberborei czy Gargantuice toczy się życie, nawet, gdyby mój prywatny stosunek do ludzi w to życie zaangażowanych był negatywny. W nauce nie ma to nic do rzeczy.

Co z tą mapą?

Mapy polityczne Mikroświata zawsze wzbudzały kontrowersje i będzie tak zawsze. Pokazują bowiem coś, do czego ludzie żyjący w różnych państwach wirtualnych mają pewien stosunek i mogą to, co jest pokazywane, w pewien sposób ocenić. Między różnymi państwami zachodzą zjawiska i procesy budujące więzy zażyłości i wrogości, sojusze i fronty walki, sympatie i antypatie personalne. To one przede wszystkim wpływają na to, czy treść danej mapy nam odpowiada czy też nie, bez względu na to, jak bardzo jest ona prawdziwa. Bo gdyby Królewski Instytut Kartograficzny zaczął wydawać mapy fizyczne świata, mapy klimatu czy mapy łowisk to zapewne nikomu by nie przeszkadzało, że gdzieś w Wirtuazji jest w lipcu 34 stopnie Celsjusza, albo że w Morzu Bezkresnym występują żółwie morskie ginące w sieciach agurskich rybaków. A że polityka najczęściej jest brana na warsztat kartografa, to i owoc jego pracy wywołuje awantury… polityków.

daniel