Kostki groźnego domina

W ciągu dwóch ostatnich dni temperatura sporu politycznego przeszła z stanu podgorączkowego w gorączkę, przejawiając symptomy groźnych zmian, jakie mogą się rozpocząć w dreamlandzkim organizmie państwowym. Od wielu miesięcy trwały utarczki i mniejsze bądź większe bitwy o dominację w miejscach publicznych Królestwa, jednak prawdziwą burzę rozpętały słowa mojego partyjnego kolegi – barona Gastona de Senancoura, który podzielił się swoimi obserwacjami o sytuacji w świecie, w odpowiedzi na dociekliwość markiza Krzysztofa Jazłowieckiego. Napisał:

To tajemnica poliszynela. Zabrzmi to nieco brutalnie, ale chyba inaczej się nie da. Chodzi o syndrom mentalnego spedalenia w ścisłym mainstreamie. Rzecz wykracza poza Dreamland. Wandystan, Sarmacja: wszędzie obserwujemy mniej więcej to samo. Książęta gejowie, madgragorzy pederaści, wykolejeni królowie seniorzy w rodzaju Pavla Svobody czy Marcina Mikołaja. Ciąża u mężczyzny, faceci z damskimi nickami, wysyp ćwoków z depresją i obniżoną samooceną. Statystyki są porażające, konsekwencje zbliżone: wyjałowienie tkanki społecznej, uwiąd, abominacja. Wszędzie macki Słabości.

Te i następne słowa, o których zaraz napiszę, rozpętały małe piekiełko. Alarm wszczęły osoby, które w ostatnich dniach powróciły do Królestwa – Krzysztof JazłowieckiYngve Krogh Simonsen. Ten drugi, podbudowany oburzeniem dyskutantów na IRC, zdecydował się pozwać Gastona de Senancoura i zaatakować mnie za bierność w tej sytuacji.

Znamiennym jest, że jako pierwsze swój sprzeciw wobec słów Gastona wyraziły osoby, które pamiętają inne Królestwo Dreamlandu – bardziej sztywne i zdominowane przez klikę/starą gwardię/beton, zwał jak zwał. O tym środowisku pisałem na naszych łamach wielokrotnie w przeszłości. Tamta grupa trzymająca władzę dyktowała całej reszcie, jak mają żyć i jak ma wyglądać Dreamland. Dreamland, który na pewno nie był wtedy tak do końca demokracją. Zresztą powstanie Partii Burżuazyjnej w 2013 roku, której byłem współzałożycielem, było motywowane m.in. sprzeciwem wobec tej kliki. Wtedy do tamtego ugrupowania należeli w zdecydowanej większości młodzi obywatele, którzy chcieli mieć wpływ na to, co dzieje się w państwie, jak ono wygląda i że każdy ma faktycznie równe szanse.

Dziś nie ma już kliki, gdyż jej członkowie w większości ewakuowali się z tonącego okrętu, którym sami go uczynili. Dopiero zmiana na tronie spowodowała załatanie dziurawego poszycia, a nowy silny, mądry i liberalny jednocześnie król Edward II postawił żagle, w które wszyscy aktywni mieszkańcy zaczęli dąć wiatr zmian. Kraj Marzeń stał się wspólnotą równych i wolnych ludzi, o takich samych prawach i wolnościach obywatelskich, odpowiadających za swe czyny i słowa, którym nikt nie narzucał obowiązującego kanonu politycznej poprawności, i gdzie żadna mniejszość nie terroryzowała reszty używając swojego autorytetu i wpływów. Do takiego Dreamlandu ściągnęli różni ludzie, którzy zaczęli wyrażać swoje poglądy w sposób, który uznali za odpowiedni. Tak stało się po obu stronach obecnej sceny politycznej.

Płytka lewacka kultura źródłem skażenia

Zacytowałem wypowiedź Gastona de Senancoura, która według Yngve Krogh Simonsen w całości jest inwektywą. Czy było więc co cytować? Czy w tej wypowiedzi jest jakiś sens, inny od tego, który widzi przeciwnik barona z KPA? Moim zdaniem tak, i to bardzo głęboki. Mimo, że mikronacyjna lewica tak usilnie zarzuca transferowanie reala do świata mikronacji przez prawicę, tak zdaje się nie dostrzegać, że sama robi to nagminnie i z o wiele większym natężeniem. Wszystko za sprawą tożsamości budowanej praktycznie wyłącznie na seksualności. Osoby ze środowiska LGBT nachalnie i nieustannie epatują swoją seksualnością w mikronacjach, budując wokół tego narrację i kulturę. Tę narrację znamy z dreamlandzkiego forum dyskusyjnego, a lewacką kulturę widzimy również w TRUDzie. W ten sposób wpływa się na masy i oswaja je z koniecznością tolerancji rozwiązłości obyczajowej, a nawet z koniecznością uprzywilejowania grup w zasadzie niepełnosprawnych: tu akurat właśnie środowiska LGBT, które powinno znajdować się pod parasolem kodeksu karnego. Już nie tylko bowiem wyrażanie swojego krytycznego zdania może być okrzyknięte homofobią czy transfobią, ale lewackie siły będą dążyć, aby było również przestępstwem ściganym z urzędu.

Wszystko to świadczy niezbicie o słabości tych osób i grup, o której pisze Gaston de Senancour. Mimo dość agresywnego i wulgarnego języka lewicy jest ona na tyle słaba, że musi uciekać się do ochrony prawnej przed jakimikolwiek przejawami krytycznego do niej stosunku ze strony pozostałej części społeczeństwa. Lewica o mentalnym spedaleniu nie oferuje państwu i społeczeństwu niczego konkretnego poza własną emancypacją, która ma znajdować się pod szczególną opieką prawa. Niczego merytorycznego, niczego ideologicznego – po prostu, jak napisał pozwany Senancour: polityka penisa. A skąd w ogóle wziął się ten mentalny pedał? Zapewne z stereotypowego widzenia osoby LGBT, które okazuje się być prawdziwe. Osoba taka, niezwykle agresywna wobec swych krytyków i jednocześnie delikatna i wrażliwa (żeby nie powiedzieć niepełnosprawna społecznie), spłyca swój byt mikronacyjny do hedonizmu budowanego wokół tego, jaka jest jej seksualna natura, i wokół czego ma kręcić się świat zmuszony do tolerancji takiej postawy. Mentalny pedał jest również zmienny, słaby, bezideowy, sfrustrowany i niemający pomysłu i ambicji, aby ulepszać Mikroświat i czynić go bardziej otwartym. Bardzo szybko od wypowiedzi Gastona de Senancoura jego słowa znalazły potwierdzenie w zachowaniu komunistów, wokół których koncentrują się lewacy z taką właśnie mentalnością.

Pobojowisko

Za pozwem Yngve Krogh Simonsena posypały się kolejne zaskakujące zdarzenia. Grupa oburzonych słowami Gastona de Senancoura ruszyła z kampanią zbierania podpisów pod listem otwartym do Sekretarza Heroldii Królestwa z prośbą o wszczęcie postępowania przeciw Gastonowi de Senancourowi w Sądzie Parów, aby ten doprowadził do odebrania mu tytułu honorowego barona. Baron ubiegł jednak oburzonych, rezygnując z tytułu i zapowiadając prowadzenie dalszej twardej walki z lewicą. Jego postawa nie znalazła jednak poklasku w części własnego obozu politycznego, który może odczuwać lekkie zagrożenie dla powodzenia kolejnej kampanii w wyborach premiera, która jest już na ramieniu.

Pozew i jego następstwa rykoszetowały jednak bardziej w Komunistyczną Partię Dreamlandu, którą niespodziewanie opuścił (jak i samo Królestwo Dreamlandu) czołowy awanturnik i jednocześnie karykaturzysta w Trudzie – Vladimir Iwanowicz. W następstwie tej decyzji emocjom poddał się jego ojciec Torkan Ingawaar, wycofując się z federalnego życia politycznego i porzucając mandat parlamentarny. Ingawaar, jako inicjator i koordynator zbierania podpisów pod listem do Sekretarza Heroldii, po jego opublikowaniu, pod którym podpisali się o dziwo również konserwatyści, natknął się nadto na krytykę partyjnego kolegi Angusa Kaufmana. Kandydat w wyborach premiera z wiosny potępił ideę listu i skład jego sygnatariuszy, a na koniec wystąpił z KPD, czując się zdradzony przez partyjnych kolegów:

Napiszę wprost. To było słabe. Wybaczcie, że będzie publicznie, ale nie chce mi się klepać dwa razy. Wciągnęliście na listę dwóch koniunkutralnych prawaków, pałkera i jednego słabego remiksa jakiegoś leśnego dziadka, a na mnie spuściliście mocz. Ja wam serce, wy mi kutasa. I to po to, by potępić gościa, któremu chyba jednak o coś chodzi. Najlepiej w ogóle go zbanujcie i wyślijcie na Madagaskar, czyli to samo, co zrobiono z wami w Sarmacji. Państwo Leszków będzie lepsze. Kurwa, jakie to grzeczne. Tego listu w ogóle nie trzeba było podpisywać, spełniłby swoją rolę i trafił w punkt. Te podpisy to jakaś ebola mędrców syjonu.

Rezygnuję z członkostwa w KPD. Zabawa w 5% zaufania nie ma sensu.

Idealnie i celnie podsumował również postawę uciekającego z Dreamlandu Vladimira Iwanowicza:

Że jak? Przecież dziś rano Vlad pisał na forum, że komentarze Senancoura w ogóle nie robią na nim wrażenia. Nie, inaczej nawet. Napisał, że na tym etapie nawet go rajcują. I za tę chwilę szczerości zrugał go później PTR. Vlad odstawił ten sam cyrk, co w Sarmacji. Poszedł do Ciprofloksji, jego prawo. Za miesiąc się znudzi i wyląduje w Ludowej Republice Siedmiogrodu.

Krótko mówiąc reakcja komunistów pokazała, że Gaston de Senancour ma rację. Słabi i niezdecydowani ludzie lewicy nie wiedzą czego chcą, jak chcą realizować swoje postulaty (jakie? Walki o bezkrytyczne środowisko dla samych siebie?) i do czego w ogóle zmierzają. Irracjonane zachowanie Vladimira Iwanowicza i pochopna decyzja Torkana Ingawaara tylko to potwierdzają. Na dodatek za te wydarzenia zrzuca się winę na nas – rządzących. Ich własne słabości są naszą winą!

Zatrzymać domino

Czy cienka czerwona linia została już przez nas przekroczona? Czy igraszki słowne, które nie podobają się zarówno po prawej jak i po lewej (umiarkowanej) stronie sceny politycznej nie doprowadziły właśnie do przesilenia, po którym musi nadejść oczyszczenie (i odprężenie)? Może jest to idealny czas na zatrzymanie tego niebezpiecznego domina i udzielenie przeciwnej stronie małej taryfy ulgowej, nim przewrócą się wszystkie kostki?

daniel