Wpływ komunistycznej władzy na aktywność

Za nami już połowa kadencji Premiera Torkana Ingawaara i jego komunistycznej ekipy. Bez oporów można już pisać o tym, co to jest za rząd i jaki ma wpływ na aktywność w Królestwie, co udało mu się osiągnąć i co jeszcze może udać. Z całą mocą można ten rząd już krytykować i nie dawać mu spokoju, gdyż etap planowania jego działań ten gabinet powinien mieć już dawno za sobą, znajdując się jednocześnie w najgorętszym okresie realizacji swych pomysłów. Należy więc sprawdzić, jak to z tą radą ministrów jest.

Podczas rządów Torkana Ingawaara aktywność na forum dyskusyjnym wyniosła mniej więcej 2.689 postów (średnio na miesiąc 1.345). Odbywało się to przy wydatnym wsparciu Pawła Zanika, związanej z nim biegunki aktywnościowej i dalszej deprecjacji standardów oraz poszanowania prawa. Należy zwrócić uwagę, że aktywność na forum po oddaniu władzy przez KPA cały czas spada (w kwietniu ponad 1,5 tys., w maju ponad 1,4 tys., a w czerwcu ponad 1,2 tys.). Podczas rządów Auskencjusza Butodzieja-Witta aktywność na forum dyskusyjnym wyniosła mniej więcej 7.264 posty (średnio na miesiąc 1.816). W przeciwieństwie do rządu komunistycznego w trzecim rządzie konserwatystów aktywność w pierwszym powyborczym miesiącu znacząco wzrosła, do nigdy niespotykanego w Dreamlandzie poziomu ponad 3,1 tys. postów (100 postów dziennie). Główny nacisk na realizację postulatów KPA z zimowej kampanii wyborczej położono w pierwszym okresie rządów, aby mieć pewność, że energia ministrów zostanie jak najlepiej wykorzystana nim ci zaczną się wypalać (co rzeczywiście następowało). Tymczasem komuniści rozłożyli swe „siły” w czasie inaczej, co sprawi, że większości postulatów niestety nie uda im się nie tyle zrealizować co nawet podjąć.

Na forum dyskusyjnym najmocniej widać tylko Ministra Spraw Zagranicznych Prezerwatywa Tradycję Radzieckiego, który sprawami rządowymi faktycznie się zajmuje także publicznie, choć jego funkcja należy do specyficznych, gdyż ogrom energii MSZ na ogół wkłada się w zakulisowe rozmowy poza granicami kraju oraz w tajnych działach forum państwowego. Znając więc specyfikę pracy resortu dyplomacji widzimy, że jest to najaktywniejsze ministerstwo, to możemy jedynie z wielkim rozczarowaniem patrzeć na niemalże totalny brak ruchu w innych ministerstwach, a szczególnie w Kancelarii Premiera. Na szczególne napiętnowanie zasługuje Ministerstwo Sprawiedliwości, które w chwili najazdów Pawła Zanika, powszedniejącego trollingu i grubiaństwa, okazało się nie tylko bierne, ale i bezradne, nie mając żadnej wizji na to, jak przeciwdziałać niepożądanym zjawiskom i zachowaniom w społeczeństwie. Po fatalnym urzędowaniu Minister Polyny przyszła kolej na jeszcze gorsze administrowanie wymiarem sprawiedliwości przez samego Premiera, który dosłownie zapadł się pod ziemię. Pozostałe resorty: spraw wewnętrznych i administracji oraz kultury, starają się pozorować jakieś ruchy, przy czym w wyniku upartych dociekań ze strony społecznej Ministerstwo Kultury jako pierwsze zaczęło przynajmniej dzielić się tym, co planuje robić. W przeciwieństwie do niego Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji jest nieme i głuche, chociaż pochwaliło się ostatnio dokonaniem pewnych zmian w CBD (z udziałem Conrada Darosareier-Stattoerr).

Być może Premier z ministrami są bardzo zżyci i trzymają się w gorącym komunistycznym uścisku podczas posiedzeń w Pałacu Rady, jednak na zewnątrz ten rząd może uzyskać etykietę obrazu nędzy i rozpaczy. Jest już pewne: wszystkiemu winna jest jego konstrukcja. Celebryta, propagandysta, awanturnik i marzyciel, jakim jest Torkan Ingawaar – nigdy Premierem zostać nie powinien. Wybory Premiera to nie konkurs piękności, chociaż wyborcy ostatnio udowodnili, że tak jest (głosowanie w sprawie odwołania miernego Premiera dało wynik satysfakcjonujący ekipę rządzącą i jej elektorat). Komunistyczna Partia Dreamlandu ma tylko jednego człowieka, który w fotelu Premiera sprawdziłby się znacznie lepiej od wypudrowanego (lub zabalsamowanego) Torkana Ingawaara. To obecny Wicepremier i MSZ: paskudny komuch, „grubas” i „Stalin”, który jest jednak śmiały, merytoryczny, systematyczny, zaangażowany, dziarski i gęba mu się nie zamyka. Ciężar dyrygowania tą niewesołą ferajną powinien wziąć więc na siebie. Częściowo bierze, choć jego potencjał nie jest wykorzystywany we właściwy sposób.

Jak mógłby wyglądać zatem rząd Radzieckiego? Komuniści nie mają zbytnio z czego wybierać, więc jedynym wyjściem byłaby zamiana stanowisk między Radzieckim a Ingawaarem. Marzyciel powinien zajmować się sprawami zagranicznymi, gdyż tym pałał się już przyzwoicie, gdy był ministrem w moim rządzie dokładnie rok temu. Być może oznaczałoby to, że kierunki polityki zagranicznej byłyby inne niż są. Radziecki poświęcił się rozmowom w gronie znanych mu osób, gdzie fermentu z tym związanego nie widać (Elderland, Wandystan). Ingawaar zaś mógłby bez tych negocjacji układów wojskowych, jakie zawarto lub planuje się zawrzeć, oraz wizytowania komunistycznych zakładów pracy, po prostu wbić sztylet w Sarmację, skoro tak bardzo mu na tym zależy. Na przelanej w ten sposób krwi i pocie, skorzystalibyśmy w podobny sposób, jak w styczniu br., a komuniści udowodniliby, że ich słowa o Awarze Południowej poparte są czynami. Póki co ich scholandzcy wyborcy mogą czuć się oszukani. Rząd Ingawaara w tej sprawie milczy, od czasu do czasu śmiesznie odgrażając się Księstwu Sarmacji („odbijemy Awarę zbrojnie!”). Pozostałe ministerstwa musiałyby mieć dotychczasową obsadę, ale być może inny ich zwierzchnik w jakiś sposób lepiej motywowałby swych podwładnych do pracy i publicznej aktywności. Tyle miano bowiem położyć energii na kulturę i informatyzację, a nic z tych rzeczy nie widać.

Słaby rząd Torkana Ingawaara ewidentnie osłabia Królestwo Dreamlandu przede wszystkim wewnętrznie – obywatele wyciszyli się zarówno przez zanikowe szturmy, jak i bierność Rządu Królewskiego. Uważam, że mniejsze znaczenie ma na to realioza. Bestseller maja – „Pierwszy dzień kadencji” autorstwa samego Premiera, staje się w ten sposób symbolem i opisem całego jego dotychczasowego urzędowania. Ten stan chorobowy nie powinien trwać dłużej, jeśli Premierowi rzeczywiście zależy na poprawie sytuacji w państwie. Można mu wypisać dwie recepty: Premier podaje się do dymisji lub wraca do aktywności. Z perspektywy społeczeństwa oba wybory są dobre. Niestety biorąc pod uwagę zaatakowanie przez chorobę aparatu mowy Ingawaara można jedynie domyślać się, który przepis na zdrowie dla kraju jest w stanie znieść jego organizm. Ufam jednak, że Premier w końcu przemówi i zacznie zachowywać się przyzwoicie.