Premier z biegunką

Wybory Premiera Rządu Królewskiego VII kadencji dobiegły końca. Obwieszczenie Komisarza Wyborczego Królestwa rozwiało wszelkie wątpliwości, kto obejmie ten wysoki urząd państwowy. Spośród trzech kandydatów: Marcela von Chachy, Martina Alfreda Schlesingera-Asketila i mnie, to król senior uzyskał bezwzględną większość głosów (12 z 23 oddanych) i tym samym w dniu 28 marca rozpoczął swoją kadencję. Niestety, kampanijny kurz nie zdołał jeszcze opaść, a podniósł się znowu, gdy nowy Premier napisał, że zwróci się z prośbą do Królowej Karoliny, aby wydała dogodny dla niego dekret o Rządzie Królewskim, bo obecny mu nie odpowiada. Tak też się stało – nowy Premier napisał dla siebie dwa dekrety (DK o ustroju Rządu; DK wprowadzający DK o ustroju Rządu), które Królowa Karolina potulnie przedstawiła Parlamentowi Królewskiemu do zatwierdzenia.

Premier rozpycha się łokciami

Karta Konstytucyjna oraz ustawy i dekrety jasno określają miejsce Premiera w ustroju Królestwa. Ustawy uchwala Parlament Królewski, a niektóre dekrety królewskie może zatwierdzać. W procesie legislacyjnym może uczestniczyć Premier jako organ wychodzący z inicjatywą ustawodawczą. Nowy szef dreamlandzkiego rządu postąpił jednak inaczej – stworzył projekty dekretów królewskich, które nasza monarchini wydała i poprosiła o ich zatwierdzenie przez Parlament Królewski. Jest to trzeci taki przypadek w ciągu ostatniego półrocza. Wcześniej pisaniem dekretów Królowej Karolinie zajmowali się: nowy oraz poprzedni Premier. Obaj zainteresowani twierdzą, że szef rządu powinien mieć pełną swobodę tworzenia swojego gabinetu, a Martin Alfred Schlesinger-Asketil podkreśla także, że taki styl wydawania dekretów powinien być normą. Mówił o tym w trakcie kampanii wyborczej, zapowiadając zmiany ustrojowe, które w tej materii miałyby polegać na tym, że Król wydawałby dekrety na wniosek Rządu Królewskiego. Nowy Premier zapomniał najwidoczniej, że ustrój, o którym marzy, jeszcze nie został urządzony. Nie przeszkadza mu to jednak ingerować w kompetencje innych organów i wykorzystywać je do ustawiania świata po swojemu.

Nie mogę powołać Rządu

Gdy nowy Premier rozpoczyna swoje urzędowanie to pierwszą rzeczą, którą robi, jest powoływanie składu swojego Rządu. Premier Schlesinger-Asketil postanowił to zmienić. Zamiast powołać Rząd wszedł w buty Króla i napisał dekret, który Król wydał, a Parlament ma zatwierdzić i na mocy którego chce dopiero powołać Rząd. Zamiast więc rozpocząć sprawne rządy Premier, ingerując w prerogatywy innych organów, chce dopiero ułożyć sobie podstawy prawne funkcjonowania Rządu tak, jak sobie wymarzył. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby Premier zechciał wyjść z przysługującą mu inicjatywą ustawodawczą, i zaproponować Parlamentowi Królewskiemu dokonanie zmian w ustroju Rządu Królewskiego oraz dopuścić deputowanych do debaty. Zamiast tego zdecydował się podyktować Parlamentowi dekret do zatwierdzenia, przy okazji instrumentalnie traktując Królową. Mimo, że nowy Premier dość kreatywnie podszedł do nazwania resortów, jakie zamierza utworzyć, to na bazie obecnych przepisów może te resorty stworzyć. Nie musi z tym czekać do zmian, które być może zatwierdzi Parlament.

Biegunka legislacyjna

Ustępujący przed dwoma dniami Premier Radziecki, dyskutując ze mną na temat stylu, w jaki Premier Schlesinger-Asketil rozpoczyna swoje urzędowanie, stwierdził:

Ja rozumiem, że miewa Towarzysz ataki formalizmu, kiedy próbuje forsować koncepcje najbardziej upierdliwe dla wszystkich zainteresowanych (przebija w tym czasami Towarzysz naszego nowego Premiera, a to jest osiągnięcie) (…)

Trudno mi się zgodzić z takim osądem. Wystarczy też spojrzeć na to, jak upłynął nowemu pierwszemu ministrowi pierwszy dzień jego kadencji. Zamiast powołania ministrów mieliśmy do czynienia z pisaniem dekretów. Do Parlamentu Królewskiego rządowa pacynka skierowała dwa akty normatywne, które mają zastąpić jeden dziś obowiązujący. W pierwszym z nich są dwa kwiatki. Pierwszym jest rozdział trzeci dekretu premiera, który mówi o Urzędzie Rządu Królewskiego i ministerstwach, którym mają być nadawane statuty. Drugim jest rozdział czwarty, który mówi o obligatoryjnych pięciu ministerstwach, jakie będą tworzone oraz ewentualnych innych, gdyby Premier zechciał je stworzyć. Co to dla nas oznacza? Oznacza tyle, że zamiast jednego dziś obowiązującego dekretu o Rządzie ma go zastąpić dekret plus co najmniej sześć statutów poszczególnych jednostek pomocniczych. Ale na tym formalizm nowego Premiera się nie kończy. Jego drugi dekret mówi o tym, jak duże zmiany w całym ustawodawstwie należy wprowadzić, aby mógł on powołać swoich ministrów. Wprowadza to do porządku prawnego istny chaos i nie oznacza żadnej stabilności prawa. Mimo, że Martin Schlesinger-Asketil odwołuje się do tradycji dawnej monarchii dreamlandzkiej, to nie ma o niej wielkiego pojęcia, ponieważ wprowadza zwyczaj, że każdy kolejny Premier będzie własnym dekretem wywracał do góry nogami cały porządek prawny tylko po to, aby powołać swój rząd.

Rząd Królewski nie został jeszcze powołany, a już po jednym dniu kadencji Premiera mamy do czynienia z nawałnicą legislacyjną, jaką będzie on nam gotował. Zamiast jednego dekretu obowiązującego – mamy dwa dekrety premierowskie oraz zapowiedź ogłoszenia sześciu statutów. A wszystko to jeszcze zanim rząd cokolwiek zaczął robić.