Tych drzwi już szerzej otworzyć się nie da

Najnowszy podskok przyrostu naturalnego Królestwa do dodatniego poziomu tego wskaźnika objawia się w Królestwie napływem nieco rozwydrzonych dzieci, które natychmiast po odcięciu pępowiny zaczynają wrzeszczeć, że im się wszystko należy przez sam fakt ich istnienia, zarówno od pomniejszych słodyczy po poważne polityczne konfitury. Tak należy odbierać np. rozżaloną reakcję Pana Juana Ortegi, który w słowach „wszędzie pod górkę” skwitował odmowę Jego Królewskiej Mości Alfreda co do przyjęcia Pana Ortegi w skład Parlamentu Królewskiego. Odmowa nie była bezpodstawna, gdyż dla nowych obywateli Królestwa jedynym wymogiem do tego, aby uzyskali mandat parlamentarny, jest posiadanie nieprzerwanego stażu obywatelskiego w wysokości minimum 14 dni, czego Panu Ortedze nie udało się jeszcze spełnić. Jego reakcja pokazuje, jakoby nawet to było za dużo, przez co jego dalszy pobyt w Królestwie stoi pod znakiem zapytania, bo tu wszyscy wszystkim we wszystkim przeszkadzają, więc Pan Ortega rozważa emigrację, nie chcąc się męczyć choćby z tym czekaniem na mandat, który mu się należy jak psu buda.

Wejście do Parlamentu Królewskiego to dla niego jak wejście pod stromą widać górkę, chociaż gmach Parlamentu od poziomu ulicy ledwie kilka schodków dzieli, których pokonanie czyni szaraka z ulicy deputowanym, wciąganym od razu na państwową listę płac. Te schodki – 14 dni posiadania dreamlandzkiego dowodu osobistego to aż tak wiele? Czy rzeczywiście tak ciężko jest dostać się do naszego parlamentu? Może jeszcze dotychczasowi deputowani powinni wychodzić po każdego nowicjusza w procesji i nieść go do Pałacu Parlamentu na rękach, aby tylko się w nim znalazł? Czy jest na świecie jakieś inne średnie lub duże państwo poza Dreamlandem, do którego parlamentu można się dostać równie łatwo jak do naszego? Dreamlandzkim parlamentarzystą może przecież zostać dajmy na to półanalfabeta, od którego machina legislacyjna Królestwa nie wymaga niczego poza tym, aby wiedział kiedy odbywają się głosowania i jak wziąć w nich udział. I takich deputowanych w historii dreamlandzkiego parlamentaryzmu po 2016 roku było już kilku. Nadto może uzyskać mandat nawet król trollów, który pomimo internowania wciąż jest w świetle prawa deputowanym. Jeżeli więc nawet półgłówek czy wróg publiczny numer jeden może posiadać mandat parlamentarny to dreamlandzki młodzieniec o zdrowych zmysłach i przyzwoitym intelekcie powinien się oburzać co najwyżej na to, że takie typy spod ciemnej gwiazdy mogą siedzieć w tej samej ławie co on. Przecież już więcej ułatwień dla obywateli stworzyć nie można.

Gdyby w Królestwie obowiązywał stary system demokracji przedstawicielskiej, to by zostać deputowanym faktycznie trzeba byłoby pokonać więcej, i to na dodatek bardzo stromych schodów. Wystarczy wyobrazić sobie młodzieńca, który przybywa do Królestwa zaraz po zakończonych wyborach parlamentarnych – wówczas jego staż obywatelski nie ma znaczenia. Aby wejść do Wysokiej Izby musiałby przeczekać całą, dopiero co rozpoczętą kadencję, po czym przekonać wyborców, aby na niego zagłosowali, co nie musiałoby być bułką z masłem. Jednak jeszcze gorzej dla niego byłoby, gdyby taki młodzieniec pojawił się w Królestwie tuż przed zarządzeniem wyborów parlamentarnych i miał faktyczną szansę wejść do Parlamentu. Tyle tylko, że taka szansa byłaby znikoma, bo który wyborca byłby na tyle głupi, aby oddać swój głos na kogoś znikąd? Nowicjusz mógłby jeszcze pokombinować, aby wejść do wybieralnego Parlamentu i zbytnio się przy tym nie napracować. Wystarczyłoby, aby zakręcił się koło jakiegoś popularnego starszego obywatela, który do jakiejś partii należy i jakąś pozycję już ma, więc na jego sławie, a zwłaszcza plecach, można cichaczem do Parlamentu wjechać. I chociaż starszy obywatel tylko czyha przecież, by młodego kolanem przydusić do ziemi, to jest przydatny, bo nawet przespać się z nim nie trzeba, aby obiecał nam jakiś intratny stołeczek, których nieobsadzonych jest przecież mnóstwo.

Gdy więc Pan Ortega tak nad swym ciężkim losem biadoli, to powinien chyba przyjąć do wiadomości, że mógłby mieć gorzej, o wiele gorzej. Ba! Teraz to w ogóle dywan czerwony się przed nim ściele i czeka, aż jakimś wysiłkiem od zacznie po nim sam kroczyć, a nie liczyć, że się go nieść będzie, aby na króla koronować z racji urodzenia, choćby nawet królewskiego był on pochodzenia. W Dreamlandzie jednak jedni drugich owszem, wynoszą na swych rękach, ale na cmentarz, gdy ci przestają dawać jakiekolwiek znaki aktywności. Jeśli Pan Ortega, i każdy, czy to młodzieniec czy starzec, nie chce tam trafić, to musi wziąć się sam do jakiejś roboty.