Krew na śniegu, czyli jak uczcić Senancoura

Położenie Ermeny na mapie nieistniejącego już Hrabstwa Ermeny – domeny założyciela rodu Wittów – Hansa.

Zgodnie z obwieszczeniem Kancelarii Książęcej dnia 18 stycznia 2019 r. po dość męczącej podróży przez zasypane drogi południowej Furlandii przybyłem na ojcowiznę – do historycznego Hrabstwa Ermeny (istniało z przerwami w latach 2013-2017), do domu mego starszego brata Hansa w Ermenie. Celem mojej podróży był odpoczynek, rozrywka i dokonanie pewnych przemyśleń różnorodnej natury, którymi będę chciał się z Wami w najbliższym czasie podzielić. W ostatnich tygodniach tyle w Królestwie się dzieje, że ciężko jest już za wszystkim nadążać i potrzeba czasem chwili, by naładować baterie. Ermena jest jednym z moich ulubionych miejsc w całej Unii Saudadzkiej, dlatego doskonale nadaje się do pełnienia roli ładowarki podczas zbliżającego się weekendu.

Do osady przybyłem wczesnym rankiem. Po ulicach tej małej miejscowości uwijali się wówczas tylko pracownicy służb porządkowych, oczyszczając drogi z zalegającego na nich śniegu, którego cały czas przybywało. Tak było już dobrych kilka tygodni. I choć nie było specjalnie czego zazdrościć tutejszym mieszkańcom, bo w takich warunkach życie stało się na ziemi ermeńskiej dość ciężkie, to wydawało mi się, że z dowolnym tutejszym maruderem mógłbym z chęcią się zamienić, i zostać tu na stałe. Póki co nie było jednak o tym mowy. Choć pozostając już w coraz bardziej zaawansowanym wieku i szykując się do emerytury, nie mogłem odmawiać sobie frajdy mieszania w dreamlandzkiej polityce i oddziaływania na innych (nie)szczęśliwców osiadłych w Krainie Marzeń. Patrząc na to, co ostatnio w Królestwie się dzieje, przypomniał mi się założyciel i pierwszy prezes Klubu Politycznego św. Augustyna – Gaston de Senancour. Był Dreamlandczykiem, który w bardzo nonszalancki sposób zabarwiał Dreamland na wiele kolorów i doprawiał ostrymi przyprawami, które piekły jego przeciwników gorączkowo szukających szklanki z wodą do ich przepicia. O Gastonie i o swojej partii też miałem podczas pobytu w Ermenie porozmyślać…

Dalton – założyciel rodu foksterierów krótkowłosych hodowanych w Erenburgu do polowań.

… i wczuć się w jego drapieżną naturę. Z tego to względu dałem się także namówić książęcemu łowczemu na udział w polowaniu na dziki – poczuć adrenalinę w łowieniu dzikich bestii, a później smak ich mięsa. Przesłanki za zwiększeniem odstrzału dzików w tej części Unii Saudadzkiej były oczywiście głównie gospodarcze – rozmnożenie tutejszych stad do poziomu około 5 tysięcy osobników. Było to zdecydowanie za dużo, gdyż zwierzęta zaczęły niszczyć pracę leśników, zagrażać korzystaniu przez ludzi z lasów oraz dewastować pola uprawne. Powodem eksplozji populacji dzika było też zaniechanie polowań w ostatnich miesiącach i brak naturalnego wroga tego zwierzęcia (wilki występują na południe od Izogradu). W związku z tym nadszedł czas intensyfikacji polowań na te zwierzęta.

Do pomocy wziąłem z Książęcego Miasta Buuren nie tylko zastęp najlepszych myśliwych łowczego książęcego, ale także psy myśliwskie idealnie nadające się do wypłaszania dzików z ich kryjówek – foksteriery krótkowłose. Te ładne, średniej wielkości psy są hodowane w Erenburgu przez najlepszych specjalistów zatrudnianych przez Dwór Książęcy, od wielu pokoleń, a protoplastą ich rodu jest pies Dalton, którego portret wisi nawet na erenburskim zamku. Do Ermeny przyjechały ze mną trzy psy, które miały mi towarzyszyć bezpośrednio: Panda, Wacek i Cork. Ten ostatni był najmniej pewny z nich wszystkich, gdyż jakoś nie przypadło mu do gustu ganianie po lasach za paskudnymi dzikami. Woli spacery, leżenie w swoim legowisku i domowe zabawy. Treserom nie udało się go wyćwiczyć, tak jak innych psów. Mimo wszystko wziąłem go do Ermeny.

Z całą ekipą wyruszyliśmy niezwłocznie po przybyciu do dworu. W sumie z Ermeny w kilku grupach w różne rejony ściśle wytyczone przez łowczego wyruszyło około 250 myśliwych. Uzbrojeni po zęby, konno, na saniach, w samochodach terenowych, z stadem psów, ruszyliśmy do sektora siódmego. Po dotarciu na miejsce konni zostali przy pojazdach, zaś wszyscy inni razem z psami ruszyli do lasu – prowadzący psy na przedzie, by je w końcu spuścić ze smyczy w celu umożliwienia im skuteczniejszego i szybszego tropienia, wyławiania, a w końcu zapędzania zwierzyny w określone miejsca, w których miało dochodzić do odstrzału.

Z biegiem czasu do naszej grupy dochodziły odgłosy wystrzałów z innych miejsc polowań, gdzie zapewne trwał zacny proceder czyszczenia lasów z tych brzydkich bestii. Moment, w którym i nasza grupa miała użyć broni palnej także nadchodził. Łącznicy podawali, że kilku myśliwych idących z psami wypatrzyło watahę, która spłoszona, zaczęła poruszać się między szpalery myśliwych gotowych do strzału.

Część watahy dzików wypatrzonej przez łowczych w nagonce.

Hałas wzmagał się, psy głośniej szczekały, a tempo nagonki wzmogło się. Zwierzęta zaczęły uciekać. Zaczęły padać pierwsze strzały. Ludzie krzyczeli, by uważać, bo niektóre knury są naprawdę wielkie, a pędząc na oślep w czasie ucieczki, mogą zrobić krzywdę myśliwym i psom. Niektórzy mieli w pamięci incydent sprzed dwóch lat, gdy w czasie polowania na Płw. Alhambryjskim dzik nadział na swoje szable myśliwego, który w wyniku odniesionych obrażeń zmarł w szpitalu. Ponadto na porządku dziennym były mniejsze czy większe kontuzje u łowców oraz rany u psów. Tym razem jednak wszystko szło gładko. Zawiadamiano o kolejno padających w zaspy bestiach, a huk wystrzałów trwał niemal nieprzerwanie przez godzinę. W końcu i mojemu zespołowi udało się oddać kilkadziesiąt strzałów, w tym wiele celnych.

Dzik ustrzelony przez Regenta Furlandii i Luindoru – Daniela von Witta.

Spanikowane zwierzęta przestały uciekać w jednym obranym przez siebie kierunku, a zaczęły ratować się ucieczką gdzie tylko mogły. W ten sposób mocno przetrzebiona wataha rozsypała się, a osobniki, którym udało się przetrwać, uciekły głębiej w las.

Po polowaniu zaczęło się wielkie liczenie zdobyczy. Wśród 21 zabitych przez moją grupę dzików znajdował się też jeden knur, którego powaliła kula z mojego karabinu. W oględzinach tej bestii towarzyszył mi radosny Cork. Nie mogąc nacieszyć oczu z sukcesu polowania poprosiłem łowczego o zaraportowanie stanu łowów w innych sektorach. Ten podał mi, że dokładne dane nie są jeszcze znane, ale udało się ustrzelić około 110 dzików. Było to oczywiście zdecydowanie za mało, dlatego wydałem dyspozycję strzelania do tych zwierząt do końca marca. Później załadowaliśmy upolowane zwierzęta na samochody i wrócili do Ermeny. Biesiadzie długo miało nie być końca.