Gdy 70 to mniej niż 30

27 grudnia zeszłego roku nasza scena polityczna rozgrzała się do czerwoności. Konwent seniorów wybrał królem Dreamlandu Roberta Fryderyka, sarmackiego księcia seniora i zajadłego wroga Dreamlandu i Dreamlandczyków. Efekt był nie trudny do przewidzenia: zaktywizowała się znaczna część społeczeństwa, głównie po to, aby wyrazić swój sprzeciw wobec królów seniorów oraz nowego władcy. Natychmiast przeprowadzono także badanie opinii publicznej, w którym ankietowali mogli zawyrokować, czy nowy monarcha powinien abdykować czy panować. Wybuchły opór był tak duży, że musiał interweniować JKW Edward II, główny sprawca wyboru Roberta Fryderyka na tron Królestwa Dreamlandu, który uzasadniał podjęcie przez konwent takiej, a nie innej decyzji. Na niewiele to się zdało, gdyż sytuacja wcale nie uległa poprawie, chociaż przeciwnicy nowego króla pozostają w ciągłej i działającej na ich niekorzyść rozsypce.

Chociaż wyniki wspomnianego badania pokazywały ponad dwukrotną przewagę przeciwników króla nad jego orędownikami to w praktyce przewaga ta okazuje się złudna. Już tydzień po zakończeniu badania Parlament Królewski, co prawda w sposób symboliczny, wypowiedział posłuszeństwo Robertowi Fryderykowi. Uchwałę w tej sprawie poparło jednak już tylko 2/3 więcej osób od tych, którzy byli jej przeciwni, z tym, że „twarda” opozycja Roberta Fryderyka w Parlamencie stanowiła ok. 45% wszystkich biorących udział w głosowaniu. W przeddzień koronacji nie widać w przestrzeni publicznej nawet tych 45%. Nie widać również Premiera Torkana Ingawaara, który doszedł do władzy m.in. na postulacie detronizacji nowego króla, i który od niemal dwóch tygodni nie wykonał żadnego ruchu związanego z objętym urzędem, co wkrótce będzie zachęcać co rozsądniejszych do apelowania o jego dymisję, zadając cios kolejnej już zorganizowanej formie oporu wobec Roberta Fryderyka. Wcześniej próbę taką podjął Jezus Ipanienko, składając projekt noweli konstytucyjnej, która miała na celu odebrać królowi szereg prerogatyw, w tym prawo do samodzielnego ustalania zasad sukcesji. Projekt storpedowano już na etapie debaty, podczas której zapędzony w róg Ipanienko nie uzyskał jasnego poparcia Ingawaara dla swojego działania.

Wszystko to stwarza wrażenie chaosu w obozie antykrólewskim, który nie jest w stanie nawet policzyć swych szabel, a co dopiero podjąć skoordynowane działania wymierzone w Pałac Ekhorn. I chociaż tytuł wątku inicjującego badanie przywołane we wstępie tego tekstu głosił o oblężeniu Ekorre, to charakter rzeczywistych działań oblegających polega raczej na próbie zaduszenia i zagłodzenia stolicy, uczynienia z niej miejsca znienawidzonego i nienadającego się do normalnego sprawowania władzy przez jej głównego lokatora. Planu skoordynowanego i frontalnego ataku na mury Ekorre nie ma i nie wiadomo, czy taki się zrodzi. Powody są dwa i tkwią w naturze stojących przeciw sobie stron.

Mówiąc o Robercie Fryderyku wielu może w nim widzieć człowieka znienawidzonego, który zadał wielu osobom z osobna, jak i samemu Królestwu Dreamlandu wiele mniej lub bardziej dotkliwych ciosów, i którego charakter nie budzi kompletnie zaufania. Mowa jest jednak o legalnie wybranym królu, przeciw któremu występowanie z pozycji szarego obywatela może mijać się z celem i skazywać występującego na ostracyzm, mimo wydawałoby się powszechnego znienawidzenia władcy. Jakim parszywcem nie byłby bowiem Robert Fryderyk, świeci on teraz światłem Korony Dreamlandzkiej, a to wywołuje u wielu dysonans poznawczy (najlepiej oddaje to manifest Konfederatów Alizońskich).

Jednocześnie środowisko antykrólewskie nie jest jednorodne. Najgłośniejsi przeciwnicy króla bywają lub są permanentnie ze sobą skłóceni. Trudno po nich oczekiwać, aby nagle, w wyniku zafundowanej przez konwent seniorów niespodzianki, zakopali topory wojenne i zgodnie przystąpili do eliminacji nowego wroga. On ich łączy, ale przeszkód powodujących nieufność czy niemożność skonstruowania wspólnego planu działania z powodów ideowych jest być może zbyt wiele, aby współpraca na rzecz obalenia Roberta Fryderyka, skrystalizowała się i przybrała widoczną formę. Sytuacji nie poprawia także fakt, że w gronie przeciwników króla jest spora grupa osób, które nie zamierzają, nie mogą sobie pozwolić lub nie mają ochoty na publiczną działalność, licząc, że to inni zrobią za nich brudną robotę. Efekt? Póki co król jest tylko szarpany za szaty.

Czas działa na jego korzyść. Społeczeństwo stopniowo, choć niechętne Robertowi Fryderykowi, oswaja się z nim i godzi na obecny stan rzeczy. Wielu kupuje argumenty Edwarda II i wybiera mniejsze zło: lepsza aktywność Roberta Fryderyka i związany z nią szum, niż moja nieaktywność. To dbałość o nią przysłania wszystkie zasady i wszystkie wartości. Przestaje się liczyć, kto, z kim i po co, wystarczy, że ruch na forum eksploduje. To droga donikąd. Innej jednak nie widać, nikt jej jasno nie wytycza, a walka samotnych wilków nie doprowadzi do ziszczenia się marzeń o usunięciu Roberta Fryderyka z dreamlandzkiego tronu, który już na zawsze będzie zanieczyszczony jego osobą. Zatarcie śladu po nim jest niemożliwe. Ponadto przykład Alfreda pokazał, że nie warto kopać się z koniem. Występowanie przeciw niemu nie spowodowało, że Alfred abdykował. Alfred abdykował, bo stracił swych wrogów, czyniąc się największym wrogiem samego siebie. Czy tak samo może być w przypadku Roberta Fryderyka? Czy warto pozwolić sobie na przetestowanie tego scenariusza?